Korip




Powszechnie wiadomo, że powstanie thanatu mocno wiąże się ze zjednoczeniem plemion orków z terenów obecnego Krumshu. Była to odpowiedź na pierwszą ogromną inwazję nieumarłych z Is`Mort. Większość cudzoziemców sądzi, że na ten oczywisty dla każdej średnio rozgarniętej rasy pomysł wpadł pewien ork - późniejszy pierwszy Than - i że bez problemów go zrealizował. Rzeczywistość jednak była zupełnie inna. Zjednoczenie, jak może się domyślić każdy, kto choć trochę zna charakter orków, było ogromnym dziełem dyplomatycznym, nawet jeżeli dotyczyło tylko rejonu płaskowyżu Ther-Harod. Regiony leżące na południe od Żelaznego Kanionu nie należały do świeżo powstałego Krumshu. Włączone do niego zostały dopiero po uporaniu się z najazdami Is`Mortczyków, co wymagało niemałego wysiłku. A spora część tegoż wysiłku spożytkowana została na pacyfikację Korip.

Korip było pierwszym strategicznym punktem na drodze ekspansji młodego imperium, nie dziwi więc, że pierwsza próba nie wypadła najlepiej. Osadnicy przedzierali się przez trudny teren, osłaniani przez trzy setki żołnierzy. Kiedy zbliżali się do miasta, dowódca wyprawy postanowił wysłać zbrojnych przodem, aby zdławić ewentualny opór tubylców. Nie zdawał sobie sprawy z tego, iż jego poczynania były cały czas obserwowane. Żołnierze zastali miasto kompletnie wyludnionym i pochopnie stwierdzając, że miejscowi uciekli w góry przed potęgą najeźdźców, kroczyli śmiało przez osadę. Jak się łatwo domyślić, niedoświadczony dowódca wprowadził swoich ludzi w pułapkę. Napastnicy spadli jak grom na oddział. Było ich jedenastu. Rzucili się na przybyszów z dzikim, przypominającym psie ujadanie okrzykiem. Ich nagie ciała pokrywały bluźniercze wzory, w dłoniach dzierżyli broń, której na północy nie znano, a w ich oczach płonął ogień szału. Gdy w końcu wszystkich zabito, dowódca nie dowierzał własnym oczom przeglądając raport o stratach: trzydziestu siedmiu zabitych i czterdziestu dziewięciu rannych, w tym niemal połowa ciężko. Zarządzono odwrót. Żaden z żołnierzy nie chciał zostawać w Korip na noc.

Ta opowieść sama w sobie wiele mówi o rdzennych mieszkańcach Koripu i jego okolic. W ogromnej większości czcili oni Awruko - niszczyciela. Jego najgorliwsi wyznawcy zostawali rytualnymi berserkerami, znanymi później szeroko w całym świecie. Być może właśnie ta sława przyczyniła się do spopularyzowania wśród innych ras wizerunku orka - bezmyślnego brutala. Oczywiście Korip w końcu dostał się w ręce thanatu Krumshu, choć walki z partyzantami trwały jeszcze przez dłuższy czas. Podobno po dziś dzień w górach można natknąć się na "dzieci Awruko"... i raczej nie należy się po tych spotkaniach spodziewać niczego miłego.

Część tubylców pogodziła się jednak ze zmianami. Miejscowi kapłani uznali, iż nowe rządy nie przeszkadzają wcale wierze w niszczycielskie bóstwo, jako że nieszczególnie przejmuje się ono tym, na kim swój gniew koncentrują jego wyznawcy. Thanat, co bardzo dla niego charakterystyczne, szybko podchwycił myśl zintegrowania nietypowych wierzeń ze swoją machiną wojenną. Tak właśnie powstały doborowe oddziały fanatycznych łamaczy szyków, ruszające w bój z imieniem Awruko na ustach, będące pod wpływem tradycyjnych naparów o narkotycznym działaniu.

Obecnie miasto niewiele różni się od tych leżących na północy Krumshu. Posiada solidne mury miejskie, murowany ratusz, koszary milicji i - nieuchronnie, ze względu na położenie na jednym z głównych szlaków handlowych imperium - kilka faktorii kupieckich. Rządy lokalne sprawuje, jak w każdym większym ośrodku miejskim, namiestnik Thana. Jedynie mieszkańcy są nieco inni. Z jednej strony milczący, jakby zamknięci w sobie i bardzo nieufni. Z drugiej - łatwo wybuchający gniewem nawet z błahych powodów i demolujący otoczenie bez, jakby się wydawało, żadnej sensownej przyczyny. Krótko mówiąc, lepiej ich nie drażnić.

Wiara mieszkańców Korip, podobnie jak innych plemion w regionie Niziny Suchych Wiatrów, mocno związana jest z warunkami pogodowymi. Niszczycielskie wiatry, co roku nawiedzające nizinę porównywane były do Awruko i czczone jako jego kolejne wcielenia. Końcowym testem, któremu poddawani byli koripscy berserkerzy przed rytuałem inicjacji, była tygodniowa wędrówka wszerz niziny, w porze największych cyklonów i tajfunów. Ci, którzy wracali, witani byli jak bohaterowie i z miejsca uznawani za boskich wybrańców, godnych wstąpienia w szeregi elitarnej kasty kapłanów-wojowników.