Parad




Wbrew wizerunkowi orkijskiego imperium kreowanemu przez thanat, Krumsh nie jest monolitem. Faktem jest że większość przedstawicieli jakiejkolwiek opozycji wobec autorytarnej władzy Thana zasiedla obszerne więzienia, obozy pracy przymusowej bądź najczęściej cmentarze. Istnieją jednak jeszcze takie miejsca jak Parad, do którego przedstawiciele oficjalnych władz po prostu nie docierają, a jeśli już dotrą to słuch po nich ginie. Miejsca te tylko dlatego leżą oficjalnie w granicach Krumshu, ponieważ nikt inny nie jest na tyle głupi, żeby się o nie upomnieć, a miejscowi po prostu nie interesują się geografią. Zresztą i Ciebie ostrzegam przed zapuszczaniem się w tamte tereny. Nie chodzi wcale o przeszło tygodniowy trud podróży przez bezdroża Ponurego Pustkowia ani wszelkie niebezpieczeństwa z nim związane... bo tak naprawdę źle może się zacząć dziać dopiero po dotarciu do celu.

Ale może od początku. Tubylcy żyją, a przynajmniej starają się żyć, tak jak ich przodkowie paręset lat wcześniej. Co prawda kilka kamiennych zabudowań, w tym ratusz (ze względów praktycznych przypominający raczej bunkier) i zbrojownia oraz solidne mury miejskie, pozostawione tu niegdyś przez osadników z północy trochę burzą obraz prymitywnego życia. Poza tym jednak miasto wygląda raczej jak wielkie obozowisko "“ paradczycy mieszkają w jurtach sporządzonych ze skór i nie trudzą się budowaniem trwalszych schronień. Miastem rządzą rody, kierowane przez najsilniejszych przedstawicieli "ostatnich prawdziwych orków" - jak sami siebie nazywają. Oficjalną metodą przekazywania władzy jest rytuał Gharr-gok - świętej walki - zapomniany już przez większość bardziej "cywilizowanych" mieszkańców Krumshu. Spory, jak za dawnych lat, rozstrzygają rady plemienne. Nic dziwnego, że nawet przeciętnemu współczesnemu orkowi trudno się odnaleźć w tej rzeczywistości, nie wspominając już o przedstawicielach innych ras... oczywiście tych, którym w jakiś sposób uda się przetrwać pierwsze spotkanie. Tradycyjnym powitaniem jest Mogad-gok, co w wolnym tłumaczeniu znaczy tyle, co "walka na początek dnia". Oczywiście toczy się ona na śmierć i życie, a domyślić się łatwo, że strażnikami, w których obowiązku leży witanie gości, raczej ułomki nie zostają.

Dodać należy, że mieszkańcy Parad rasistami nie są, o nie! Traktują przedstawicieli wszystkich ras z równą wrogością, z jednym wyjątkiem "“ specjalną nienawiść żywią wobec elfów. Kilka wieków sąsiedztwa i wspólnych interesów w Górach Południowych nauczyło paradczyków jednego "“ dobry elf to martwy elf. A najlepszym sposobem pochwalenia się dobrym elfem jest zatknięcie jego głowy na trzymetrową tyczkę i wystawienie na publiczny widok na "Wzgórzu Chwały", miejscu leżącym poza murami, lecz doskonale z nich widocznym. Tych bardziej nierozważnych (żeby nie powiedzieć szalonych) podróżników, którzy mieli nieszczęście przebywać w Parad po jednej z udanych wypraw wojennych tubylców, często zachwycał widok (cytuję) "tego unikalnego jeża, symbolu zwycięstwa, nawiązującego do tradycyjnych orkijskich wartości, doskonałego materiału badawczego, mogącego nam przybliżyć pradawne dzieje tej szlachetnej rasy". Oczywiście do czasu gdy zrozumieli czym są owe "dziwne kule, tkwiące na końcach włóczni".

Na szczęście (a może niestety?) nawet Parad nie może oprzeć się fali "nowości", przynajmniej w niektórych dziedzinach życia. Tradycyjna orkijska broń, taka jak słynne Tumhogk, kamienne toporki do rzucania, została zastąpiona przez nowocześniejsze, w większości zdobyczne, odpowiedniki. Model rodziny, w którym kobieta była równa mężczyźnie w prawach i obowiązkach zaczyna się chwiać wskutek idei przemyconych ze świata słabych ludzi. Również władzom plemion o wiele bliżej do oficjalnych struktur imperium niż chcą się do tego przyznać. Mimo to Parad zachowuje swój unikalny klimat, chociaż oglądanie jego uroków należy do wątpliwych przyjemności - trudno bowiem zachwycać się rzeczywistością z rozpłatanym brzuchem czy toporem w plecach.